Unia Europejska ma się coraz lepiej. Społeczeństwa się integrują, ubogacając wzajemnie swe kultury, a wzrost gospodarczy w całej europie zadziwia resztę świata. Politycy w Brukseli znakomicie rozumieją potrzeby mieszkańców i wychodzą im zapobiegawczo naprzeciw. Stary kontynent świeci przykładem ustrojowym dla niedemokratycznych państw afrykańskich, a zarazem kreuje trendy w kulturze amerykańskiej. Azja stała się dla nas znakomitym rynkiem zbytu, przed nami kolejny etap rozwoju! 13-tego grudnia minionego roku politycy wybrali za nas lepiej czego oczekujemy po integracji europejskiej.
Oczywiście wyżej przedstawiona wizja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A niestety, wiara we własną propagandę wcale cudu, czy nawet żadnego “cuda” nie uczyni. Stara formuła Europy się przeżyła. Mimo to elity europejskie zdają się nie zauważać... problemu. Tak, właśnie problemu (słowo drażliwe w stosunkach międzynarodowych). Czy raczej ciągu problemów mniej lub bardziej ze sobą powiązanych, lecz dających się sprowadzić do wspólnego mianownika. Tym mianownikiem jest problem zawężonych horyzontów Europy.
Horyzontów brak, ale za to brukselscy politycy wymyślili „nowe”. Traktat Reformujący. Może nie remedium na całe zło, jak przyznają autorzy, ale w zasięgu pola widzenia nic innego się nie rysuje. Trudno było coś dostrzec, wszak całe lata strona po stronie, nosa nawet nie wyściubiając zza biurka pisali.
Pisali, kartek zabrakło, a poza kartkami brak już horyzontów. Ale stanęli teraz dumnie przy świetle jupiterów z uśmiechem dla kamer, trzymając w ręku papier. Choć w sercu brak już może wiary we własne słowa, a narody europejskie raz po raz odrzucają w referendum nowsze wersje Konstytucji Europejskiej.
Daleko już zaszli budowniczy nowego porządku w wytyczaniu ścieżek, którymi zdążać będą przyszłe pokolenia. Szli sprawnie i zwarcie, głosząc wszem i wobec perspektywy dóbr spływających z niczym nieskrępowanej “Integracji”. Praktyka pokazała jednak, że aktualna formuła Europy utraciła dziś swe domniemane walory. Król jest nagi! Strategia lizbońska miast wysforować Unię na czele gigantów ekonomicznych pozwoliła wyprzedzić się kolejnym państwom dalekiego wschodu.
Mimo to integracja polityczna, kusząca słodyczą brukselskich biurokratów, okazała się kąskiem zbyt łakomym, by wycofać się znad przepaści uzależnień. Wbrew irlandzkiemu „nie” Unia prędzej czy później zyska osobowość prawną. To konieczne, integracja musi postępować. I tak oto wpadamy w wir powiązań, których porządek stanowi... multicentryczność.
A więc brak ładu i porządku. Podważenie zasady hierarchiczności prawa krajowego, aby tylko uzasadnić nadrzędność prawa wspólnotowego i Traktatu Reformującego. Teoria niezbyt spójna, nie można wymagać zbyt wiele od technokratów, wszak byli zajęci pisaniem. Teoria? O, przepraszam, to za duże słowo. Doktryna? Chyba też nie, raczej trudno zawrzeć doktrynę w jednym artykule naukowym. Jednak multicentryczność prawa jest przyjmowana przez polskich konstytucjonalistów za doktrynę obowiązującą. Ma ona wytłumaczyć podległość prawa krajowego dyrektywom płynącym z Unii Europejskiej. I być może nie byłoby w niej nic zabawnego, gdyby właśnie zakładała ową podległość. Ale nie. Teoria p. Łętowskiej ma nam rozszerzyć... może właśnie horyzonty?... ukazując nienaruszony porządek krajowy, w który wpisuje się wielość ośrodków stanowienia prawa. Doprawdy ciekawe, choć pokrętne rozumowanie. Szczególnie że z wielością ośrodków stanowiących mamy do czynienia w przypadku aktów prawa miejscowego, co per analogiam degraduje polskie prawodawstwo do rangi regionalnej.
Teoria multicentryczności ma za zadanie wytłumaczyć zależność prawną Polski od UE. Podobnie “po macoszemu” traktowane są i inne dziedziny państwowości, podporządkowywane Unii. Wytłumaczeniem ma być “konieczność dziejowa”, nieodwracalna i postępująca globalizacja, która bezlitośnie dąży do tego aby... wszyscy ludzie byli braćmi.
Bo niestety, perspektywy przyszłości Unii Europejskiej sprowadzają się tylko do pustych sloganów, mających uzasadnić, ukazać legitymizm władzy z Brukseli, sensu jej istnienia i wkraczania w każdy, nawet najdrobniejszy szczegół życia swoich obywateli. Niestety, merytoryczną debatę nad kondycją Europy zastępują wciąż czcze obietnice i dogmatyzm polityczny. Czego “Unia” chce tak być musi, bo inaczej świat się zawali. Jeśli wola samozwańczych elit się nie spełni, to czeka nas przecież ogromny kryzys. Wbrew temu co odczuwają narody europejskie, czego wyrazem były referenda we Francji, Holandii, czy tegoroczne w Irlandii.
Tylko czy ów nieunikniony kryzys będzie na pewno gorszy niż stan obecny? I czy ktoś wreszcie zechce poważnie pomyśleć o rozszerzeniu horyzontów Europy? Czy też zawsze sięgać one będą... kresu europejskich kompleksów?
Jakub Kalus Za „Polityką Narodową” (nr 2-3 lipiec/sierpień 2008 r.)