Od pewnego czasu obserwujemy w naszych mediach zasmucającą przemianę. Rośnie łatwość rzucania oskarżeń, ferowania wyroków opartych na coraz wątlejszych podstawach, nadużywania mocnych bądź pompatycznych słów i wyciągania zbyt daleko idących wniosków.
Zwykła dziennikarska prowokacja staje się "taśmami prawdy", "końcem IV RP" i omalże rewolucją na miarę Sierpnia. Z tragedii robi się wielodniową medialną szopkę. A z filmiku sprzed dwóch lat, przedstawiającego niezidentyfikowanych osobników o wyglądzie zwykłych kiboli, palących swastykę, wielki wstrząs na scenie politycznej i asumpt do żądań zdelegalizowania współrządzącej partii oraz odwołania wicepremiera.
Politycy i komentatorzy opiniotwórczych mediów dostosowują się do obyczajów tabloidów: byle z przytupem, byle na najwyższym zadęciu i bez oglądania się na dowody czy inne szczegóły,bo trzeba przelicytować inne " niusy", zanim jutrzejsza sensacja nie zatrze dzisiejszej.
To zły znak, jeśli rozsądny zwykle publicysta, jakim jest Cezary Michalski, w kontekście niczym na razie nieudowodnionych zarzutów wobec Młodzieży Wszechpolskiej snuje w "Dzienniku" rozważania o zagrożeniu dla słabego państwa ze strony nazizmu. Takiego zagrożenia w Polsce, na szczęście, nie ma. W Europie też jest to zagrożenie znacznie mniejsze niż rasizm niezasymilowanych imigrantów czy antysemityzm lewicowy, który do źródeł narodowego socjalizmu - nienawiści do Żyda krwiopijcy, czyli kapitalisty, bankiera i fabrykanta - sięga w modnym entourage'u alterglobalizmu i współczucia dla ofiar "izraelskiego imperializmu".
Neonazizm jest zjawiskiem ohydnym, ale warto zauważać, że rozdymanie zagrożenia z jego strony jest od lat ulubionym sposobem lewicy na zniesławianie przeciwników i odwracanie uwagi od własnych grzechów. Ten fakt skłaniać powinien do zachowywania zdrowego rozsądku i nieulegania skłonności do nieuprawnionych kontekstem generalizacji.