"Tata był kimś bardzo odległym, ale wzorem, dzielnym, szlachetnym, mądrym, kochającym nas i zasługującym na to by i Jego kochać". Maciej Giertych wspomina swojego ojca. Sięgając pamięcią wstecz, moje pierwsze wspomnienie w ogóle łączy się z Tatą. Było to na Gwiazdkę 1938 roku, czyli miałem 2 lata i 9 miesięcy. Była choinka, a pod nią prezenty od Aniołka. Tata odczytywał co jest dla kogo. Dostałem strzelbę na kapiszony. Potem Tata uczył mnie jak tym strzelać, z czego zapamiętałem przede wszystkim to, że wolno strzelać tylko pod fortepian.
Następne wspomnienie o Ojcu dotyczy wydarzenia poważnego. Wlazłem Tacie na biurko, wziąłem pióro, umaczałem w kałamarzu i coś tam dopisałem do rozpoczętego na arkuszu papieru tekstu. Rzecz się wydała, a ja się zaparłem, że to nie ja. Gdy Tata wrócił z miasta odbył ze mną poważną rozmowę. Trzymał mnie między kolanami i tłumaczył, że dostanę w skórę, nie za to, że popisałem po jego artykule, ale za to, że skłamałem. Już samego bicia nie pamiętam - było raczej wyzwoleniem od tego długiego i bolesnego pouczenia.
To tyle ze wspomnień przed wojennych. Tata wyjechał na ćwiczenia do Gdyni (był oficerem rezerwy marynarki) w połowie lipca 1939 roku i już nie wrócił. Trafił na 6 lat do niemieckich obozów jenieckich tzw. oflagów. Wojnę przeżyliśmy w Warszawie, nas czwórka dzieci i Mama. Tata pisywał listy na takich specjalnych druczkach, zawsze opieczętowanych, że przeszły przez obozową cenzurę, i na takich samych się odpisywało. Kiedyś taki list był zaadresowany do mnie, na jakieś moje imieniny czy urodziny, roku nie pamiętam. Zawarte w nim było takie zdanie "Zawsze kochaj Boga i P.". Mama mi to przeczytała, ale nie rozumiałem co to "P." oznacza. Musiała mi wytłumaczyć. Potem czułem się dumny, że zaszyfrowany tekst, który niemiecka cenzura, nie zrozumiała i przepuściła, ja znam i rozumiem. Sam przekaz odebrałem jako życiowy nakaz. Całą wojnę Tata był kimś bardzo odległym, ale wzorem, dzielnym, szlachetnym, mądrym (bo pisał książki), cierpiącym w niewoli, kochającym nas i zasługującym na to by i Jego kochać.
Pojawił się w naszym życiu jesienią 1945 roku. Przyjechał pod przybranym nazwiskiem (Tarkowski). Miał jakąś misję od rządu na emigracji i od władz Stronnictwa Narodowego w Londynie. Stale gdzieś jeździł, a Mama ciągle znikała na spotkania z Nim. Odbierał nam Mamę. Długo nie wiedzieliśmy, że to do Taty Mama wyjeżdża. Gdy wreszcie nam powiedziała, w wielkiej tajemnicy, że Tata powrócił i że go zobaczymy, z przejęciem czekaliśmy na to spotkanie. Odbyło się ono w Gliwicach w mieszkaniu jakichś nie znanym nam ciotek. Zupełnie nie pasował do naszych wyobrażeń. Był niepodobny do przedwojennych zdjęć, bardzo chudy, z wąsami, okularami - jakiś odległy i nieprzystępny.
Wkrótce potem wyjechaliśmy na Zachód, transportem repatriacyjnym Francuzów. Ojciec znowu zmienił nazwisko, udawał Francuza, który ożenił się z Polką, wdową z czwórką dzieci, i rodzinę wywozi do Francji. Jechaliśmy przez Zebrzydowice i Pilzno do wtedy jeszcze amerykańskiej strefy okupacyjnej Czech. W czasie transportu mieliśmy polecenie zawsze spać lub udawać, że śpimy, szczególnie gdy będą jakieś kontrole transportu. W ogóle w transporcie było cicho, nikt nic nie mówił, pewno nie chciał z nami gadać skoro nie znamy francuskiego.
Ojciec, który biegle znał francuski stale był gdzieś wśród kierownictwa transportu. Każdy z nas dostał przed wyjazdem zegarek, który mieliśmy oddawać jak tylko Tata każe. Wówczas żołnierze rosyjscy byli łasi na zegarki (słynne: dawaj czasy) i nimi byli przekupywani na różnych kolejnych kontrolach. Mój zegarek musiałem bardzo szybko oddać, tak że nie zdążyłem się nim nacieszyć.
Gdy dojechaliśmy do strefy amerykańskiej, nagle okazało się, że wszyscy chcą głośno rozmawiać a w całym transporcie jest tylko jeden prawdziwy Francuz, organizator transportu, oficer Legii Cudzoziemskiej w biały mundurze i charakterystyczną okrągłą czapką z daszkiem. Reszta to byli tacy sami uciekinierzy jak my. Od tego czasu Tata już więcej z nami przebywał i trochę nam o sobie i czasie niewoli opowiadał. Gdy dojechaliśmy do Monachium, Tata odjechał do Londynu, a my zostaliśmy w obozie dla uchodźców, "dipisów" jak się wtedy mówiło, od angielskiego "displaced persons".
Byliśmy kolejno w Murnau, Frankfurcie i wreszcie w Maczkowie. Maczków to było miasteczko (Harem nad rzeką Ems) na granicy holenderskiej, z którego połowy wysiedlono Niemców i osadzono Polaków - funkcjonowało jako polskie miasto. Była polska szkoła, polski kościół (tam dwie moje siostry przystąpiły do I Komunii Św.), harcerstwo, różne organizacje kombatanckie itd. W pewnym momencie, na wiosnę 1946 roku, przyjechał Tata w mundurze oficera polskiej marynarki, z jakąś ciężarówką. Zapakowaliśmy dobytek i wyjechaliśmy do Holandii. Na granicy mieliśmy siedzieć cicho pod zasznurowaną plandeką a Tata z szoferem załatwiali formalności graniczne. W Holandii Ojciec ulokował nas u krewnych w Hilvresum i znowu zniknął. Po kilku dniach, może tygodniu, wsiedliśmy na statek do Anglii. Cały ten okres od zobaczenia się do przyjazdu do Anglii Ojciec tylko pojawiał się i znikał, nie miał dla nas czasu. Trudno się z Nim rozmawiało, my nie potrafiliśmy i chyba On też nie bardzo potrafił ze swymi dziećmi rozmawiać. To raczej Mama nam mówiła co Tata powiedział, co kazał robić itd.
Gdy przypłynęliśmy do Harwich w Anglii już z oddali zobaczyliśmy Tatę, w mundurze marynarskim, stojącego wyprostowany już poza strefą celną. Bardzo długo Anglicy nas badali, również lekarsko, robili nam zdjęcia rentgenowskie, coś głośno deliberowali, a myśmy nic nie rozumieli. Gdy nas wreszcie wpuścili na peron kolejowy, gdzie czekał Tata, zaczęło się prawdziwe całowanie, ściskanie, głośne rozmowy, ogólna radość, której uprzednio nie było nam wolno okazywać. Tata ulokował nas z bagażami w przedziale, a potem wrócił jeszcze na peron po swoją teczkę, która stała na ławeczce na peronie. Byliśmy zdumieni, że w Anglii można tak zostawić teczkę i nikt tego nie porwie. Niestety w tej mierze dziś to już nie Anglia 1946 roku.
Potem czekały nas dalsze niespodzianki. W pociągu tata wziął nas do wagonu restauracyjnego i jedliśmy angielskie śniadanie, jajka sadzone na bekonie. Gdy dojechaliśmy do Londynu dalsza trasa była kolejką podziemną. Bilety sprzedawał automat, który wydawał resztę. Do kolejki zjeżdżało się schodami ruchomymi. Był to zaczarowany świat, a Tata nas po nim oprowadzał i cieszył się razem z nami tymi nowościami. Był na luzie, miał dla nas czas. Radość połączenia się rodziny po latach rozłąki.
Póki Tata był w marynarce miał względnie przyzwoitą pensję, ale też często nie było go w domu. Jeździł z wykładami do marynarzy na stojących w portach statkach polskiej marynarki wojennej. Raz zawiózł nas do Portsmouth i byliśmy na polskim statku stojącym na redzie. Często brał nas na zwiedzanie Londynu. Przy okazji dużo nas uczył. Przy niedzielnym obiedzie opowiadał nam swoje przygody wojenne, kolejne ucieczki z niewoli (później opisane i wydane w dwóch książkach: "Wrześniowcy" i "Europa w niewoli"). Organizował nam "apele", na które mieliśmy w trybie wojskowym stawić się w wyczyszczonych butach, elegancko ubrani itd. Robił nam pogadanki historyczne. Robił to wszystko by się z nami zbliżyć - ciągle pozostawał jednak duży dystans. Te wspólne przeżycia miały w sobie jakiś element sztuczności, nadzwyczajności. Był bardziej nauczycielem, czy instruktorem niż Tatą.
Od połowy 1947 do końca 1948 zniknął zupełnie - pojechał na Morze Śródziemne kierować polską radiostacją nadającą na kraj. Myśmy przyczyny wyjazdu nie znali. Gdy wrócił zebrał nas i w tajemnicy nam powiedział, że miał tajną misję polityczną i że mamy go o szczegóły nie pytać ani nikomu o tym nie opowiadać (szczegóły dotyczące tej akcji są opisane w książce "Sprawa Marii", która ma się niedługo ukazać w Wyd. Ostoja).
Przyszła codzienność emigracyjnego życia. Tata po demobilizacji pracował fizycznie, często nocą. W dzień spał lub pisał przy biurku. Tylko w niedziele było wspólne wyjście do kościoła i obiad, w czasie którego więcej z nami rozmawiał. W domu było ciężko, przyszło na świat dalsze rodzeństwo, trudno było związać koniec z końcem. Ja nie dawałem sobie rady w angielskich szkołach. Wobec tego Ojciec zapisał mnie do internatowej szkoły polskiej im. Mikołaja Kopernika, zorganizowanej przez angielskie ministerstwo oświaty dla polskich dzieci, opóźnionych w nauce przez wojnę. We wrześniu 1949 roku zostałem wysłany do tej szkoły ulokowanej w byłym obozie wojskowym w Bottisham pod Cambridge. Tata odprowadził mnie na dworzec kolejowy i wsadził do pociągu do Cambridge. Dał mi radę bym był odważny, bym był koleżeński i bym był pobożny. Dał mi wtedy dwa szylingi. Wtedy miało to siłę kupna rzędu dzisiejszych 20 zł - dla mnie, jak na owe czasy suma zawrotna. Były to jedyne pieniądze jakie w życiu od Ojca otrzymałem.