Charles Louis de Secondat hrabia de la Brede et de Montesquieu w swym dziele „O duchu praw” w 1748 r. wyłożył teorię praworządnego państwa, w myśli ideałów Oświecenia. Teoria ta niewątpliwie wniosła nowe spojrzenie na nauki prawne, skierowała myśl prawną na inne tory, otworzyła nowe horyzonty. Do dziś profesorowie z nieukrywaną rozkoszą wczytują się na wykładach we fragmenty jego rozważań zwracając uwagę na prorocze skutki tych refleksji. Prorocze, gdyż na chwilę obecną powszechnie uznane jako szczyt możliwości osiągnięć umowy społecznej...
Właśnie tak. Umowy społecznej. Przed oczyma nagle staje nam kolorowa historia, gdy ludzie w zamierzchłych czasach (zapewne zaraz po „zejściu z drzewa”) dogadują się oddając władzę kompetentnej osobie, która z biegiem czasu przeradza się w okrutnego tyrana, uciskającego zrozpaczonych poddanych. Prawa człowieka! – woła zgnębiony tłum, a bezduszny despota wraz poplecznikami zostaje strącony niemal w przepaść piekielną, gdyby nie to że piekła nie ma.
Już u samych źródeł teoria Monteskiusza zdaje się być skażona fikcją, legendą, by nie rzec – utopią na skalę marksistowskiego komunizmu. Wizja ta bowiem opiera się w swych fundamentach na mrzonkach, oderwanych od rzeczywistości. Państwo wedle tej koncepcji jest jedynie wyrazem woli autonomicznych jednostek, która to wola może być niejednokrotnie ze sobą sprzeczna. Oświeceniowy liberalizm stara się zaprzeczyć prawdzie, iż człowiek jest istotą społeczną, zależną od wspólnot naturalnych (rodzina, naród), w których żyje. Tym samym w imię wybujałej wyobraźni nt. domniemanej umowy społecznej – Monteskiusz postulował odebranie praw do samostanowienia wspólnocie narodowej!
Z „osiągnięciami” tych myśli musimy borykać się do dziś. Stąd mamy do czynienia z terrorem mniejszości, a dobra ani zła nie można publicznie nazwać po imieniu. Owocem tego niechęć do przyznania nienależnych przywilejów nieuprawnionym ku temu osobom okrzykiwana jest dyskryminacją. A państwo zdominowane liczebnie przez katolików nie ma prawa żądać aby urządzenia państwowe były korzystne dla większości. Papież Leon XIII pisał o tym błędzie: „Pod uwodzicielską nazwą wolności wyznania głoszą usankcjonowaną apostazję społeczeństwa”. Na domiar złego - jakież to zacofanie nakazywało mu odwoływać się do przeżytku (wyimaginowanej) umowy społecznej w czasach gdy postęp zapewniał nowe techniki władzy! Czyżby pierwotny instynkt był dla niego ważniejszy od osiągnięć cywilizacyjnych?
Teoria trójpodziału władzy – obróciła zastany porządek w niwecz. Wielu upatruje w tym ogromny sukces. Owszem, jest to sukces demokracji. Ale czy jest to sukces sprawiedliwości? W założeniach wyraźne odgrodzenie władzy sądowniczej od pozostałych miało na celu uniezależnienie wymiaru sprawiedliwości, zaprowadzenie bezpieczeństwa interesu jednostki. Celem niezależności sądów i niezawisłości sędziów jest oczywiście możliwość wydawania sprawiedliwych wyroków.
Musimy być świadomi, że etyka, a w konsekwencji i system prawny wciąż ewoluuje. Świat posuwa się naprzód, wraz z rozwojem np. technologicznym – rodzą się nowe problemy moralne (że wspomnę tylko o klonowaniu). Wcześniej nieznane zagadnienia prawne wymagają czasem od sędziego pionierskiego rozwiązania sprawy. W anglosaskim systemie sądownictwa metoda przyswajania nowych zagadnień etycznych jest bardzo łatwo zauważalna - poprzez ustanawianie precedensów.
Monteskiusz uważany jest za wielkiego piewcę monarchii parlamentarnej typu angielskiego. Znać musiał również tam obowiązujący system arbitralności sędziego. Jednak krytycznie oceniał zarówno analogię jak i jakąkolwiek ingerencję sędziego w sferę opiniowania. Pragnął uczynić z sędziego zimne narzędzie. Jako pretekst przedstawiał tezę, że sędzia nie może być jednocześnie ustawodawcą.
Tylko iście talmudyczny formalizm może skłaniać do bezkrytycznego przyjęcia teorii trójpodziału władzy. Wychodzą na jaw prawdziwe zamiary Montesquieu. Nie chodzi w jego teorii o sprawiedliwość społeczną. Nullum crimen sine lege („nie ma przestępstwa bez ustawy”) - zasada, której podwaliny podłożył - jest tak naprawdę oznaką zacofania myśli, nie zrozumienia ducha czasów, o którym pisał. Sędzia w każdym przypadku do niej się stosujący, będzie zmuszony prędzej czy później orzekać w niezgodzie z własnym sumieniem, ze względu na przestarzałe formuły zakorzenione w jego umyśle. Wszystko co jest literalnie zapisane – jest obowiązujące, nawet jeśli wola ustawodawcy byłaby zupełnie inna. Nawet, jeśli w wyniku rozwoju języka słowa zmieniły swoje znaczenie.
Niespójność myśli Monteskiusza jest zauważalna gołym okiem. Stała się ona tematem tabu, aby nie podważyć obecnego porządku. Fanatyzm nakazujący bezkrytyczne podejście do pewnych postaci historycznych nie pozwala współczesnym na podważanie zarówno dorobku rewolucji francuskiej, jak i trendów tkwiących u jej genezy. Pośród uwielbienia władzy ludowej gdzieś w cieniu pozostaje stara rzymska zasada – prawo jest sztuką czynienia dobra i słuszności. Dziś istotą prawa nie jest jej cel, lecz przyczyna. Trzeba jednak uważać, by pośród pewnych zastanych norm nie zatracić prawdziwego jej sensu, a ścieżki myśli prawnej nie utknęły na bezdrożach.